Światło i mrok - "Aktorzy w dobrej wierze. Próba" w Teatrze Polskim w Warszawie, recenzja
Stołeczny Teatr Polski potrafi oszołomić wyszukaną oprawą. Czy to Goldoni, czy Bałucki, czy Czechow - zachwycały krynoliny, piórka, elegancja kostiumu i niemal barokowy przepych. Scenografia, zwłaszcza ta mroczniejsza, jak z Szekspira czy Dickensa potrafiła wywoływać ciarki na plecach. W najnowszej premierze na scenie przy Karasia, złożonym z dwóch jednoaktówek Pierre’a de Marivaux spektaklu „Aktorzy w dobrej wierze. Próba” dostaliśmy dwa w jednym. Weronika Karwowska stworzyła uroczy plenerowo-dworski anturaż żywcem przeniesiony z XVIII-wiecznej Francji i zgodnie z założeniami reżyserskimi Edwarda Wojtaszka oraz przy współudziale świateł Karoliny Gębskiej podzieliła go na dwa odrębne światy. Pierwszą ze sztuk – wesołą, żartobliwą krotochwilę – umieściła w świecie obrazów Watteau, w jasności pokrytego barankami chmur błękitnego nieba, połyskującej porannej mgły, białych kwiatów zwisających girlandami w romantycznym ogrodzie. Arystokraci w pysznych, lśniących klejnotami historycznych kostiumach i ekstrawaganckich niekiedy perukach przeciwstawieni zostali służbie ubranej wciąż w epokową elegancję, ale jednak prostą i zgrzebną. „Próba” to zupełnie inna bajka – mroczna, spowita jedynie blaskiem świec i Księżyca, z ocienionym bluszczem owijającym się wokół pni drzew niczym w dusznej atmosferze „Huśtawki” Fragonarda. Także aktorzy odrzucają już fantazyjne fryzury uwypuklając na szyjach porewolucyjne krwistoczerwone chokery, a choć ich stroje ściśle nawiązują do epoki, to jednak w nonszalanckim kroju, wykończeniu, a czasem niewykończeniu oraz wplecionych współczesnych akcentach sygnalizują uniwersalne odczytanie treści tekstu Marivaux. Rzadko, ba niemal nigdy nie zaczynam swej pisaniny od wizualnej otoczki przedstawienia, ale cóż zrobić, jeśli to właśnie ona olśniła zaraz po podniesieniu kurtyny i w tym niemym zachwycie pozostawiła aż do jej ostatniego opadnięcia.
Edward Wojtaszek zdecydował się na wystawienie rzadko grywanego na naszych scenach Marivaux po otrzymaniu doskonałego, uwspółcześnionego i charakternego tłumaczenia od Jerzego Radziwiłowicza. Najpierw zrealizował oddzielne spektakle w Teatrze Polskiego Radia, by w końcu poważyć się na ich sceniczny mariaż. I nawet jeśli uważam, że obecność obu jest tylko pretekstem do inscenizacji „Próby”, to jednak na ich współistnienie trzeba mieć pomysł. A pomysł to iście przewrotny połączyć sztuki o tak skrajnie różnym charakterze, choć kiedy przyjrzymy się im bliżej znajdziemy więcej podobieństw, niż można by sądzić. Bo przecież poza autorem i tłumaczem, także niektórzy bohaterowie współdzielą imiona czy nazwiska. Obie powiastki dzieją się też na prowincji, do której z wielkopaństwem dociera zamożny paryski świat i zakłóca sielski spokój. Marivaux w myśl XVIII-wiecznej zadumy nad konstrukcją człowieka przygląda się w nich dogłębnie ludzkiej naturze, psychice, a nade wszystko manipulacji drugim człowiekiem zestawionej z romantycznymi uniesieniami i sztuką uwodzenia. Pod przykrywką zabawy, śmiechu i wydawałoby się niewinnych żartów odsłania pokłady bezlitosnego okrucieństwa, pychy i swobodnego igrania z ludzkimi uczuciami. Nad galanterią dialogów, lepkimi od miodu pochlebstwami i delikatną ironią pobrzękuje zaś mieszek monet – pieniądz, który rządzi człowiekiem, kieruje jego losem i sprowadza na manowce.
Reżyser, trochę zgodnie z finałem każdej jednoaktówki, postawił jednak na światło i mrok, na zróżnicowanie obu tekstów nie tylko w warstwie wizualnej, ale właściwie każdej innej. Muzykę pierwszej części zdominował radosny dźwięk klawesynu, drugiej – pobrzmiewające w tle basowe, groźne pomrukiwanie. Pierwszą odsłonę potraktowano jako zabawę XVIII-wiecznym teatrem, aktorzy grając bez mikroportów dają się porwać ekspresyjnej formie i stylowi marivaudage, z jego dynamicznymi dialogami, wartką, przeplataną intrygami akcją, finezyjnym językiem i słownymi gierkami. Mamy tu dodatkowo zaszytą warstwowo opowieść o teatrze, o postrzeganiu w nim prawdy i fałszu oraz cienkiej między nimi granicy. Krzysztof Kwiatkowski jako panicz Erast fircykowato podskakuje na scenie niesiony szczęściem i miłością, złotousty Paweł Krucz w roli samozwańczego reżysera Merlina dopieszcza słodyczą komplementy, a wytworne damy Marty Kurzak i Anny Cieślak zaśmiewają się do rozpuku z własnych filuternych „żarcików”. Bawi przecudny „gamoń w malinach” Jakuba Kordasa, robiąca maślane oczy i tupiąca sabotami Colette Doroty Bzdyli oraz ciskająca gromy zazdrości Lizetka Katarzyny Lis. W sieci miłosnych intryg, arystokratycznej niby-rozrywki i wzajemnych nieporozumień dochodzi do coraz większego zamieszania, w którym wzajemne przykrości sięgają zenitu, ale rozładowane są ostatecznie pojawieniem się notariusza w osobie Adama Biedrzyckiego. Miłość, mimo chwilowych kłopotów, zwycięża, a niesmaczny żart, nawet jeśli gdzieś tam zostawił rysę, kończy się szczęśliwie wśród pustych, niezbyt szczerych, a może nawet wymuszonych śmiechów całego towarzystwa.
W „Próbie” nie jest nam już do śmiechu, choć paradoksalnie jego rzadkie salwy były jakby głośniejsze, zwłaszcza gdy Błażej Jakuba Kordasa miota się w uczuciach między coraz to większymi sumami pieniędzy. Mrocznym charakterem zostaje tym razem ten, który przed przerwą zanosił się łzami rozpaczy. Zadurzony Krzysztof Kwiatkowski kreuje wyrachowaną i okrutną postać Lucidora, który w swym zadufaniu poddaje tytułowej próbie ukochaną Andżelikę. Człowieka jakby nieświadomego powagi własnych postępków, a może raczej wierzącego, że odpowiednio ciężka sakiewka jest w stanie uleczyć wszystkie rany. Irmina Liszkowska jako jego wybranka udowadnia, że nie ma racji, sugestywnie rozpadając się na kawałki, zdruzgotana, poniżona i zupełnie zagubiona. Odkochana. Nie ona jedna będzie tu ofiarą, bo Lucidor wraz z przekonanym o swej wyjątkowej atrakcyjności sługą Frontinem (Paweł Krucz) poddadzą manipulacji całe prowincjonalne otoczenie drwiąc w istocie z ich uczuć i bezradności. Ze zwieszonymi głowami, opuszczonymi ramionami, skąpani w czerwonym świetle swoją szansę na szczęście stracą i pokojówka Liza (Dorota Bzdyla), i Błażej, choć ten będzie się jeszcze łudził. Odnaleziona miłość gaśnie jak zdmuchnięty płomień świecy. Zostaje nic nie znaczący brzęczący mieszek. A Katarzyna Skarżanka w roli pani Argante staje się najsmutniejszą uradowaną matką, jaką widziałem.
Czy poza zjawiskową inscenizacją i przejmującą grą aktorską XVIII-wieczne teksty Marivaux mają jakiekolwiek przełożenie na współczesność? W Teatrze Polskim okazuje się, że nadzwyczaj duże, bo dotykają niezmiennej natury człowieka, jego skłonności do manipulowania innymi, wykorzystywania posiadanej władzy i ciągłej pogoni za bogactwem. Drogi usłanej często nikczemnościami, nie liczącej się z innymi, prowadzącej po trupach do celu, którym zawsze jest chęć posiadania więcej. Dzisiaj w kosztowne miłosne uniesienia wpędza internetowy Brad Pitt, albo ślący maile książę z Nigerii. Żeruje na ludzkiej naiwności dzwoniący „wnuczek”, cwaniak odbierający mieszkanie starszej osobie za nieistniejącą opiekę, albo wciskający jej garnki za miliony monet. Sumienie odwieszone na kołku nie boli. Człowiek pozostaje człowiekiem.
A z drugiej strony „Aktorzy w dobrej wierze” i „Próba” pokazują jak krótka bywa droga od miłości do nienawiści, jak igranie z uczuciami i zazdrością obraca w niwecz porywy serca. I że nie wszystkie błędy da się naprawić, bez względu na grubość portfela. Warto pamiętać, warto zobaczyć i warto się z tym przespać.
Tekst Marek Zajdler, fot. Adam Burakowski/East News