Lament wyzwolenia - "Trojanki" w Teatrze Powszechnym w Warszawie, recenzja
Wojny nie będzie. Wojna już była. Wojna wciąż trwa…
Teatr Powszechny w Warszawie wystawił właśnie premierowo dramat Eurypidesa „Trojanki”, aby opowiedzieć o przekleństwie wojny z perspektywy jej ofiar i zapłakać nad wpisanym w człowieczeństwo okrucieństwem. Reżyserka Aleksandra Bielewicz opierając się na konstrukcyjnym szkielecie antycznej tragedii rozszerzyła znacząco horyzonty. Sięgając po poezję oraz inne dramaty Eurypidesa, Seneki czy Jeana Giraudoux dotyczące wojny trojańskiej przedstawia nie tylko optykę powojennej traumy trojańskich branek, ale także schematy prowadzące do wybuchu zbrojnego konfliktu i przyświecające im motywacje. Odbijane w zwierciadle współczesności „Trojanki” nie napawają optymizmem względem ludzkiej natury, czy ściślej biorąc, męskiej skłonności do rozwiązywania konfliktów na drodze brutalnej siły. Z drugiej strony w lamencie, krzyku rozpaczy i przeżywanej wspólnotowo tragedii ukazują niezwykłą moc kobiet zjednoczonych w bólu i cierpieniu.
Spektakl, niemal jak u Hitchcocka, rozpoczyna się mocnym akcentem. Debiutancki wiersz Wisławy Szymborskiej „Szukam słowa” recytuje łamiącym się głosem ofiary gwałtu i wojennych zbrodni drżąca na ciele wieszczka Kasandra. Fantastyczna także w partiach wokalnych, Katarzyna Obidzińska wstrząsana spazmami, gdzieś na granicy obłędu, z coraz większą determinacją i rosnącą wewnętrzną siłą pragnie wyrazić bestialstwo wszystkich wojennych oprawców, ale brakuje jej słów. Bo choć słowa będą tu nieraz istotne, to „Trojanki” są w dużej mierze teatrem ciała, energii uwalnianej w ruchu, w drganiach i konwulsjach unoszących nad sceną emocje, których nie da się wypowiedzieć w żadnym z języków. Współdoświadczanie dziesięcioletniej żałoby, gehenny idących w niewolę lub na śmierć Trojanek, którym odebrano mężów, dzieci, kraj i „miejsca wspominania” eksploduje ekspresyjnie wyrażoną udręką i spaja solidarnie kobiety złączone okrutnym losem. Bezwłosa Aleksandra Bożek (Hekabe), Karina Seweryn (Andromacha), Jowita Kropiwnicka (Poliksena) i Julia Latosińska (Atena) wizualizują siostrzeństwo w geście, w zbiorowej empatii łez, krzyku i daremnych prób uwolnienia z koszmaru. Natalia Lange jako Helena wspomaga je wydawałoby się niechętnie, ale i ona, choć próżna i nieczuła na tragedię, której była przyczyną, jest tylko więźniem w złotej klatce. Na długo zapada w pamięć scena wymiany „czułości” z Parysem przy zaplataniu warkocza. Przy spotkaniu z Menelaosem, znieważana i zbrukana, jest już tylko na wpół oszalałym strzępkiem człowieka.
Mężczyźni są bowiem zazdrosnymi okrutnikami, niedojrzałymi emocjonalnie rozkapryszonymi chłopcami, którzy decyzje o życiu i śmierci przeplatają dyskusjami o nowych zabawkach. Każde pojawienie się na scenie Grzegorza Artmana budzi wewnętrzny niepokój – Taltybios nie znoszącym sprzeciwu głosem przynosi tylko hiobowe wieści, groteskowo przerażający Parys jest wilkiem w owczej skórze, zaś Agamemnon, choć tlą się w nim ludzkie odruchy, musi stroszyć piórka wojowniczej męskości w otoczeniu innych, znienawidzonych, królewskich samców alfa. Nawet starający się o zachowanie pokoju szlachetny Hektor Oskara Stoczyńskiego musi przyznać, że kocha wojnę, mimo że niewiele z niej jeszcze rozumie. Znacznie więcej pojmuje Odyseusz czy Priam, a wcielający się w nich Tomasz Nosiński brutalnie sprowadza wzniosłe idee do przyziemnych interesów. „Pokój czyni mężczyzn wątłych, rozpróżniaczonych, nieuchwytnych, wojna czyni z nich bohaterów” peroruje zanurzony w patriarchalnym świecie Priam wplątując w gloryfikację wojennej pożogi cytaty z Brauna i Dostojewskiego. Unieśmiertelnienie w czynach i nakarmienie narcystycznej męskiej duszy stawia daleko przed rozsądkiem nie bacząc na cenę, jaką przyjdzie mu ponieść. Wstrząsającym lustrem współczesności doganiają słowa Odysa o prologu wojny, o negocjacjach podejmowanych w przeddzień jej wybuchu tylko po to, by omamić wroga, by spojrzeć mu raz jeszcze w oczy i uścisnąć serdecznie dłonie na znak zgody, a nazajutrz zaatakować z pełną mocą. „Przed wojną wszyscy udają” wtóruje mu prawdą o dyplomacji Hekabe. I jeszcze to: „Zwycięzcy można robić, co się podoba”. Nie obowiązują granice, zasady czy moralność. Jedynie prawo do zemsty i zadawania śmierci. Wojna nie oszczędza nikogo.
Obok antycznych tekstów wypowiadanych często w tradycyjnym stylu wprost do publiki, Bielewicz pozostawia sporo miejsca na gorzki i mroczny, zabarwiony współczesnością komentarz. Patos i doniosłość Eurypidesowych fraz przełamuje czarnym humorem scenicznych wydarzeń. Dramatycznej mowie Hekabe towarzyszy sesja terapeutyczna zgromadzonych w namiocie Trojanek, podczas której budują z klocków bezpieczną przyszłość, zaczynając rzecz jasna od murów, aby nikt nie zniszczył im tego co mają. Od czego jednak zacząć, gdy nie ma się już nic? Zupełnie inny obiekt buduje z klocków Grzegorz Artman, gdy odnajduje małego Astyanaksa, by zadośćuczynić wyrokowi Achajów. Tu mamy już do czynienia z teatrem okrucieństwa, dosadnym obrazem antycznej tragedii. Zatrważająca złowieszczą delikatnością scena osiąga kulminację w obezwładniająco intensywnym skowycie rozpaczy matki tracącej ukochane dziecko przy wtórze jazgotu gitary. Krzyku Andromachy, krzyku kobiet Buczy, krzyku matek z Minab.
Rockowe brzmienie The Freuders stanowi siłę napędową spektaklu – pulsuje taktem perkusji, kroczącym rytmem gitary, mruczy złowrogim ambientem, boli przesterami. Zespół muzyczny buduje podwaliny antycznego chóru stając się równoprawnym nośnikiem emocji wyrażanych niemal rytualnym aktorskim ruchem. Muzyka i przejmująca choreografia Marii Bijak współtworzą sceniczny kobiecy lament, energiczne wyrzucanie z siebie nagromadzonych latami traum i stresów, które przynieść ma Trojankom ukojenie, a nawet symboliczne wyzwolenie. Bielewicz określiła te momenty „punktami ujścia”, w których ciała aktorów uwalniają z siebie skumulowane napięcie, oczyszczają atmosferę, by przeżycia teatralnego spotkania dokonały żywota na scenie i zadziałały terapeutycznie na opuszczającą spektakl widownię.
W scenografii Łukasza Misztala dominuje olbrzymia drewniana rampa rozświetlana u szczytu intensywnym blaskiem, do którego bezskutecznie próbują się dostać bohaterki. Jasność wolności i szansy na lepsze jutro jest jednak poza ich zasięgiem. Człowiek nadal nie odrzucił wojny, nie ma ucieczki od wpisanej w ludzkość przemocy, od obłędu bezrozumnego zabijania i permanentnego lęku. Trojankom pozostaje tylko pamięć zapisana w połamanych i powiązanych pasami rzeźbach, podobnie jak w rozedrganych ciałach. I kraty więzienia, które pogięte szczelinami nie są w stanie powstrzymać wolnej woli. Futurystyczne kostiumy Kamila Wesołowskiego przywołują na myśl opakowania chroniące kruche wnętrze i emocje kobiet. Cekinami lśni do czasu jedynie Helena, zaś mężczyźni podkreślają naturę macho nabijanymi ćwiekami ramoneskami. Mocna charakteryzacja uzupełnia obraz cierpienia i żałoby. Światła Roberta Mleczki zgrywają się z nastrojem, muzyką i aktorskim ruchem dopełniając wizji świata, w którym wojna nigdy się nie kończy.
„Trojanki” Aleksandry Bielewicz to uwalniający zbiorowy lament, zapis pamięci w detraumatyzowanej fizyczności, intensywne doświadczenie wspólnotowego gniewu, straty i bólu zakodowanego w ludzkim ciele i zrytmizowanej, mrocznej muzyce. Nielinearna akcja zmieniająca perspektywę spojrzenia z całą mocą ukazuje przyczyny i skutki wojny. Poprzez nadbudowanie tragedii Eurypidesa rozciąga niepokojącą myśl na każdą z wojen. Na przerażenie ofiar i bezwzględność prowodyrów. Na powtarzający się w kołowrocie historii mechanizm nieustającej przemocy, której zapalnikiem może być błahostka czy ubrane w szaty propagandy kłamstwo. Helena staje się tylko pretekstem, iracką bronią chemiczną, ukraińskim faszyzmem czy irańskim atomem. Ofiary zaś nie mogą się bronić. Lecz mogą niczym grecki chór Trojanek wstrząsany oczyszczającymi spazmami okazać siłę zbiorowości, ocalić pamięć o przeszłości i odzyskać sprawczość, choćby w kobiecej solidarności. Czy to wystarczy, by dostrzec nadzieję na przyszłość? Pobrzmiewające w uszach echa mocnego finału spektaklu w Teatrze Powszechnym zdają się świadczyć o olbrzymiej determinacji, by wreszcie coś zmienić.
Tekst Marek Zajdler,
Fot. Andrzej Kulpita/East News, Jerzy Bonczyk/Fotonova