Nasz teatr logo

Oskarowe trio - Mózg, Ramię i Ziemniak - "Bracia Lehman" w Teatrze Współczesnym w Warszawie, recenzj...

Finansowy sukces braci Lehman, ikoniczny przykład kariery „od pucybuta do milionera”, to splot pracowitości, zorientowania na cel i szczypta przypadkowych darów od losu. Trochę podobnie jest ze spektaklem „Bracia Lehman” wyreżyserowanym właśnie przez Oskara Winiarskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Młody chłopak będąc po studiach we Włoszech usłyszał o premierze sztuki Stefano Massiniego w Piccolo Teatro di Milano, gdzie wystawił ją Luca Ronconi. Nie zdołał jej wówczas obejrzeć, ale kilka lat później nadrobił zaległości w Londynie, gdzie zobaczył głośną adaptację Bena Powera w reżyserii Sama Mendesa. Musiała zrobić na nim nieliche wrażenie, skoro kilka lat później, korzystając ze świetnego przekładu Joanny Połeć, postanowił zgłosić jej realizację w konkursie dla młodych reżyserów ogłoszonym we Współczesnym. Jak się okazało, postawił na właściwą kartę. Baruch Haszem.
   Niewielka Scena w Baraku staje się miejscem opowieści o narodzinach kapitalizmu. O historii przybywających z Bawarii w połowie XIX wieku trzech żydowskich braci, którzy zaczynając od małego sklepiku z materiałami i garniturami w Alabamie dążą bez ustanku, by wyśnić swój sen o Ameryce. Świątek, piątek i niedziela harują i kombinują jak powiększyć zyski z prowadzonego biznesu. Szukają okazji, łapią się możliwości, poszerzają horyzonty i wzajemnie wspierają. Podróżując przez plantacje bawełny, dziejowe pożary, stukot żelaznej kolei, dymiące kominami przędzalnie, nowojorskie interesy i kiełkującą giełdę wraz z kolejnymi pokoleniami rodu docieramy na sam szczyt finansowej potęgi. Świat współczesnej ekonomii staje się marketingową fikcją, a uwikłani w system obrotu zaufaniem ludzie „wydają pieniądze, których nie mają, na rzeczy, których nie potrzebują”. Kult pieniądza i zachłanna pogoń za jeszcze większym bogactwem kończy się w 2008 roku spektakularnym upadkiem banku inwestycyjnego Lehman Brothers, którego bankructwo kończy rodzinną sagę. Pozostaje jedynie odmówić kadisz.
   „Bracia Lehman” piętnując konsumpcjonizm i drapieżny kapitalizm pozostają jednocześnie blisko swoich bohaterów. Korzystając z baśniowego motywu trzech braci opowiadają o ich przyjaźni, marzeniach i utrwalonej tradycją wierze w siłę rodzinnej wspólnoty. A także o nieuchronnej degradacji zasad i rozpadzie tradycyjnych wartości wobec narastającej rządzy pieniądza. Rozlana na przestrzeni ponad 150 lat historia rodziny Lehmanów zapętla się w narodzinach kolejnych dzieci i odchodzeniu nestorów, w poszukiwaniu kandydatek na żony i skracanym czasie obchodzonej żałoby, w relacyjnym uwikłaniu kolejnych pokoleń, które widzą więcej, wiedzą lepiej, patrzą szerzej. Tyle że nie łączą ich już niemal żadne więzi.
   Za sceniczny koncert najwyższych lotów odpowiada ledwie trzech aktorów. Mateusz Król jest „mózgiem”, zawsze mającym rację Henrym, najstarszym z braci i pionierem lehmanowskiego American Dream. Szymon Roszak to silne braterskie „ramię” gotowe wesprzeć finansowe projekty z elegancją słonia w składzie porcelany. Przemysław Kowalski, zwany „Ziemniakiem”, „z genialną prostotą warzywa” znajduje rozwiązania problemów i okazje tam, gdzie starsi bracia nie sięgają wzrokiem. Męskie trio wirtuozersko wciela się nie tylko w trzech braci-założycieli imperium Lehmanów, ale niemal czterdzieści różnych postaci – ich dzieci i wnuki, plantatorów, bankierów, partnerów biznesowych, a nawet wybranki serca. Płeć i wiek nie są tu przeszkodą. Aktorzy wypełniają scenę naturalną swobodą, sceniczną charyzmą i humorem zdając się bezustannie transformować wraz z odgrywanymi przez siebie postaciami. Mateusz Król, Szymon Roszak i Przemysław Kowalski imponując zespołowością gry aktorskiej i precyzyjnym budowaniem zmieniających się niczym w kalejdoskopie ról tworzą rzeczywistość sceniczną zabierając widza do świata istniejącego często jedynie w ich wyobraźni. Wystarczy intonacja głosu, postawiony akcent, gest, ułożenie ciała czy figlarne mrugnięcie okiem. Błyskotliwe dialogi i ciągła zmiana rytmu, od brawurowego szaleństwa do znaczącego milczenia, budują stałe emocjonalne napięcie, które nie pozwala widzowi odpłynąć w nieznane. Scena w Baraku unosi się w morzu słów i niczym giełda na Wall Street staje ich świątynią. Wielka historia rozgrywa się w intymnych ludzkich losach, które jak filmowa kronika przewijają się płynnie w kreowanych mistrzowsko obrazach. 
   Bo choć rekwizyty wypełniają swą grą aktorzy, to przecież fizyczną przestrzeń buduje scenografia. A ta jest genialna w swej prostocie. Marek Idzikowski, odpowiadający także za kostiumy i reżyserię starannie kierujących uwagę widza świateł, za pomocą skromnych środków tworzy na niemal pustej scenie wspaniały teatr wyobraźni. Jakby usłyszał od jednego z bohaterów spektaklu: „Rozwiązanie już tam jest - trzeba je tylko dostrzec”. Ewokatywne elementy scenografii powołują do życia rzeczywistość – zbite z desek ramy odzwierciedlają skromne wnętrze malutkiego sklepu w Alabamie, ale mogą służyć za wrota eleganckich drzwi posiadłości plantatorów, blat stołu staje się trapem transatlantyka, wiadro z farbą przyda się podczas kąpieli i przy chorobie morskiej, a kreda może być właściwie wszystkim. Szerokie wstęgi białego płótna ilustrują ciągnące się po horyzont rzędy przędzarek, bywają tłem dla rozbudowujących narrację projekcji Mateusza Korsaka, a czasem zabawą z teatrem cieni. Każdy element ma tu swoją symboliczną rolę, częstokroć multiplikowaną kontekstem scenicznym – ogrodowa dmuchawa, wędrujący po linie kapitalizmu Solomon Paprinsky, śnieżący telewizor, koszyk sklepowy, stosy kartonów czy makieta kolejki otwierają nowe znaczeniowe przestrzenie dialogując z inteligencją widza i zapraszając do teatralnego świata „Braci Lehman”. Podobnie abstrakcyjne myślenie towarzyszyło zapewne Lenie Michajłów przy tworzeniu ilustracyjnej muzyki, która także bardziej przywołuje obrazy, niż je dosłownie ukazuje. Dominują w niej współczesne motywy, choć da się też wyłowić nuconą przez Przemysława Kowalskiego pieść Ma’oz Tzur, śpiewaną tradycyjnie podczas Chanuki.
   Historia o ekonomicznej ekspansji rodu Lehmanów w Teatrze Współczesnym przyobleka wraz z jej bohaterami wytworne teatralne szaty wspinając się na szczyt tegorocznych realizacji. Oskar Winiarski umiejętnie skorzystał z własnych emigracyjnych doświadczeń snując baśń o marzeniu, które wzrastając w niebiosa zatraca swe korzenie. O iluzji posiadania, którą mimowolnie śnimy zatracając się w pogoni za zbytkiem, a z której warto byłoby się otrząsnąć, nim będzie za późno. Dynamicznej reżyserii towarzyszy elegancka prostota symbolicznej scenografii i prawdziwie popisowa gra aktorska wypełniająca przestrzeń obrazami ludzi, którzy chleb sukcesu wypiekli na mące z pieniędzy. „Bracia Lehman” są nie tylko świątynią słowa, ale także cudem obrazu, wyobraźni i mistrzowskiej interpretacji. Są tym spektaklem, który po prostu trzeba zobaczyć. 
   I choć warzywa ponoć nie rozumieją dyplomacji, to parafrazując „Ziemniaka” Lehmana dodam: „Proszę mi zaufać”. I oby stał się cud, a ludzie walili drzwiami i oknami. Baruch Haszem.

Tekst Marek Zajdler
Fot. Jerzy Bonczyk/Fotonova, Klaudyna Schubert/Teatr Współczesny